Anime: D.Gray-Man
Pairing: Kanda x Allen (Yullen), Cross x Allen
***
- Idźcie w pokoju Chrystusa - głęboki głos proboszcza rozbrzmiał wyraźnym echem we wnętrzu kościoła. Niewielka, ale piękna w swej prostocie budowla co niedzielę wypełniała się wiernymi. Światło wpadające przez witraże nieśmiale dekorowało wnętrze roztańczonymi plamkami koloru.
- Bogu niech będą dzięki - odpowiedzieli zgodnym chórem wierni, szykując się na koniec mszy. Stojący z boku ołtarza białowłosy ministrant odetchnął niezauważalnie. Nie dane mu było zaznać odpoczynku po zakończeniu liturgii. Ksiądz Cross wciąż kazał mu posprzątać na plebanii przed spotkaniem kółka różańcowego.
- Marzę o lodówce pełnej świeżego jedzenia jęknął Allen, siadając na krześle. Lenalee obiecała, że przyniesie mi dzisiaj resztki z obiadu, ale nie sądzę, żeby zdołała. Jej brat pewnie nie chce, żeby szła sama tak daleko.
Westchnął ciężko. Oczywiście w domu dziecka podawali obiady, lecz co do terminu ważności posiłku nawet on miał wątpliwości. Na dodatek porcje były dość skromne i rzadko kiedy można było się nimi najeść.
- Pośpiesz się idioto, bo nie puszczę cię do domu!
- Już kończę, księże proboszczu! - natychmiast odpowiedział błękitnooki, momentalnie z powrotem wstając. Chwycił w dłoń porzuconą miotłę, kończąc zamiatanie podłóg. Chłopak nie mógł zrozumieć dlaczego ksiądz Cross akurat jemu zlecał różne prace, kiedy było jeszcze kilku innych ministrantów...
- Skończyłem! - obwieścił radośnie, zdejmując albę i składając ją w schludną kostkę. Normalnie nie robił tego z ubraniami, ale to stanowiło wyjątek...
- Nie spóźnij się na następną mszę, mały idioto! - odprowadził go gromki głos Crossa Mariana, gdy opuszczał teren plebanii.
Gdy tylko znalazł się pod sierocińcem, powitał go głos zirytowanej Lenalee.
- Rety, ile ten drań może cię przetrzymywać warknęła, wciskając Walkerowi do rąk pudełko śniadaniowe. Czekam już od dwóch godzin, a myślałam, że dotrzesz tutaj przede mną.
Wzięła parę głębokich oddechów. Uspokojona złapała przyjaciela za rękę i podążyła przed siebie.
- Chodźmy się przejść zaproponowała.
- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł stwierdził zakłopotany szesnastolatek. Wiesz jak to jest, mogę mieć kłopoty. I tak już dużo czasu spędziłem w kościele.
- Mój brat porozmawia z panią Angelą i nie będzie kłopotu - rzuciła radośnie dziewczyna. Walker wzdrygnął się na wspomnienie imienia kierowniczki domu dziecka, w którym przyszło mu mieszkać. 150 kilo żywej wagi i dziwna twarz wykrzywiona w wiecznym grymasie, która trochę przywodziła mu na myśl niezadowolonego persa, upchnięte w cielesną powłokę czegoś, co nazywano kobietą, od kiedy pamiętał zajmowało stałe miejsce w jego koszmarach.
- Chyba wolałbym...
- Pójdziemy do parku, dzisiaj jest taka ładna pogoda! - Lenalee zdawała się go nie słuchać, a nawet jeśli to ignorowała, co mówił. Allen westchnął, dając się pociągnąć, gdzie chciała.
Ciepła zieleń traw, kwiaty o wszelakich barwach, wesoła młodzież sprawiała, iż białowłosy ministrant czuł się niczym w zoo. Nie było tam ani poważnych, gorączkowo szukających pomocy u Boga dorosłych, ani tęskniących za domem sierot. Beztrosko bawiąca się grupka ludzi uśmiechała się w stronę Walkera i Lee jakby zapraszając ich do wspólnej gry.
- Widzisz, jak przyjemnie?
Jednak wzrok Allena skierowany był na jedyną osobę, którą radosna atmosfera wydawała się nie obejmować. Był to mężczyzna w wieku studenckim, ubrany w długi, ciemny płaszcz. Czarne włosy spięte miał nisko w luźnego kucyka, a odrobinę przydługawa grzywka opadała mu na granatowe zimne oczy.
- Coś nie tak Allen? spytała zatroskana brunetka. W ogóle nie reagujesz na to, co mówię. Jeśli nie chcesz tu być, to możemy wrócić.
- Co? Och... przepraszam Lenalee... - rzucił Allen, zdając sobie sprawę, że dziewczyna coś do niego mówi - Zamyśliłem się - dodał po chwili, posyłając jej uśmiech i drapiąc się nerwowo po karku. Gdy z powrotem zwrócił wzrok w miejsce, gdzie stała osoba, na którą się tak zapatrzył, już jej tam nie było. Jakby rozpłynęła się w powietrzu. Allen nie wiedzieć czemu, poczuł zawód. Dziwne, przecież nigdy wcześniej nie widział tego długowłosego chłopaka...
- Chodź, siądziemy przy stawie i zjesz co ci przyniosłam - powiedziała Lee, łapiąc go za rękę.
Białowłosy posłusznie podążył za nią, ledwo słysząc to, o czym zaczęła mówić. Chyba coś o szkole i pracach domowych... Usiedli z daleka od rzędów ławek okupowanych przez roześmiane rodziny, na uboczu, gdzie panowała względna cisza. Allen otworzył pudełko dane mu przez Lenalee, po czym wyciągnął kanapkę i zaczął jeść z zadowoleniem i błogością wręcz wymalowaną na twarzy.
- ... no i wtedy ona...
Staw był tak zadziwiająco spokojny. Woda o subtelnym odcieniu błękitu w promieniach słońca błyszczała jak posypana diamentami.
- ... a ja jej na to odpowiedziałam...
Delikatne podmuchy wiatru bawiły się luźnymi, śnieżnobiałymi kosmykami, które Walker już od jakiegoś czasu planował przyciąć.
- ... Allen, słuchasz mnie?
Zdecydowanie powinien był szybciej skończyć swoje zajęcia na plebanii, miałby więcej czasu, by cieszyć się tym pięknym dniem. Szkoda...
- Wzywam Allena Walkera, powtarzam, wzywam Allena Walkera! - chłopak ocknął się z półtransu, w który nie wiedzieć, kiedy wpadł, dopiero, gdy Lenalee pomachała mu ręką przed oczyma.
- To nie ja podmieniłem wszystkie skarpetki proboszcza na różowe w kwiatki!
Zamrugał dwa razy.
- To o czym mówiłaś? dodał szybko, widząc minę dziewczyny.
- Nieważne westchnęła czarnowłosa. Tutaj niedaleko jest budka z lodami, kupię nam po gałce. Zaczekaj tutaj, dobrze?
Oczy Allena rozbłysły jak u małego dziecka. Kiwnął ochoczo głową, a dziewczyna odeszła. Szybko skończył kanapkę, a po niej następną. Widać przy budce musiała być kolejka, bo Lee długo nie wracała. Allen zazwyczaj lubił spędzać z dziewczyną czas, ale dziś najchętniej zaszyłby się w kącie jednego z pokoi sierocińca i nie zwracał na siebie niczyjej uwagi.
- Jak nazwałeś mojego syna, gnoju?! - nagły, wściekły krzyk wyrwa526#322; Walkera z zamyślenia. Całkiem niedaleko stało kilka osób - gapie, mężczyzna z dzieckiem i... Allen nie wiedzieć czemu na chwilę wstrzymał oddech. Naprzeciw wściekłego rodzica stał ten sam chłopak, który wcześniej przykuł jego uwagę. Wyraźnie widział idealnie prostą sylwetkę otuloną płaszczem mimo ładnej pogody, dumnie uniesioną głowę i długie pasma lśniących włosów, wyglądających na wietrze jak płynna bazaltowa smuga.
- Nazwałem go pieprzonym gówniarzem - wyraźnie syknął nieznajomy. Czar prysł. Walker najbardziej na świecie nienawidził chamstwa i nie miał zamiaru go tolerować. Podniósł się z trawy, po czym skierował w stronę skłóconych.
***
Lenalee ze sztucznym uśmiechem podziękowała czerwonowłosemu chłopakowi za lody.
- Ech, te kolejki. Założę się, że Allen już dawno zapomniał o lodach i śpi sobie w najlepsze na trawie odgarnęła włosy za ucho i skosztowała truskawkowych lodów. To już naprawdę przechodzi ludzkie pojęcie jak proboszcz Cross go męczy.
Nagle usłyszała zirytowany głos Walkera przerywający przyjemną ciszę panującą w parku.
- Nie zmieniaj tematu! I WCALE NIE JESTEM TAKI NISKI!
Zdziwiła się widząc gęsty tłum otaczający białowłosego. Przedarła się do samego środka zbiorowiska i prawie wypuściła lody ze zdziwienia. Zawszy spokojny Allen ocierał właśnie krew cieknącą z rozciętej wargi, jednocześnie rzucając mordercze spojrzenie czarnowłosumu nieznajomemu. Ten natomiast uśmiechał się lekceważąco i już miał coś powiedzieć, kiedy rozległ się zdenerwowany głos szesnastolatki:
- Allenie Walkerze! Czy możesz mi z łaski swojej powiedzieć, co tutaj się dzieje?
Chłopak znieruchomiał, podnosząc wzrok.
- O-och... Lenalee... - uśmiechnął się nerwowo, usiłując zamaskować swoje zdenerwowanie. Dziewczyna naburmuszyła się, patrząc na niego wyczekująco. Widząc, że szybko nie uzyska odpowiedzi, zwróciła się do bruneta.
- To ty go uderzyłeś? - zmrużyła oczy.
- Che. Pilnuj swojego nosa kobieto.
Oboje, Allen i Lenalee wyglądali jakby ktoś właśnie ich spoliczkował.
- Jak możesz się tak do niej odzywać? warknął zirytowany błękitnooki.
Brunet nic nie odpowiedział. Odwrócił się do dwójki nastolatków tyłem i zaczął iść przed siebie.
- Wracaj tutaj!
Walker nawet nie zdążył wstać, by go dogonić, gdy na nieznajomego rzuciła się osoba o bujnej, rudej czuprynie.
- Tu jesteś YUUUUUUUU! - szczęśliwie zawył chłopak z opaską na lewym oku.
- Zjeżdżaj pieprzony króliku! - odruchowo warknął brunet, precyzyjnie wymierzając uderzenie pięścią w czoło natręta.
- Czy to nie jest lodziarz z budki...? - szepnęła z przestrachem Lenalee, widząc jak chłopak upada na trawę. Towarzyszący temu głuchy odgłos był wyjątkowo nieprzyjemny. Allen poczuł nagły przypływ adrenaliny.
- Ty gnoju - wycedził przez zęby zimnym, metalicznym tonem. Para błękitnych oczu gwałtownie pociemniała, zdając się gdzieniegdzie nabrać srebrnawego błysku.
Fioletowe oczy Lee obserwowały z przerażeniem jak jej przyjaciel rzuca się na Yuu.
- To nie może być Allen pisnęła.
Przed pewnym rozlewem krwi uchroniło wszystkich zadowolone wołanie.
- Yuu-kun! Tu się schowałeś! Lavi pomagał mi cię szukać...!
Brunet zaklął siarczyście. Nie zwracając już uwagi na Walkera, puścił się biegiem przez park, byle dalej. Allen zamrugał ze zdumieniem - czyżby chłopak przestraszył się tego kto tuż przed chwilą krzyczał?
- Yuu-kun! Poczekaj! - białowłosy dostrzegł na alejce jarego staruszka w sutannie.
- A niech to - zatrzymał się, oddychając ciężko - Znowu uciekł - podrapał się z zakłopotaniem po karku.
Rozejrzał się wokoło, aż w końcu zatrzymał wzrok na Walkerze.
- Chłopcze, pójdź i znajdź go, dobrze?
- Hę?
Staruszek uśmiechnął się lekko.
- Pięknie proszę - dodał, posyłając Allenowi spojrzenie, w którym wyraźnie widać było prośbę - Już nie jestem w tej formie co kiedyś, żeby gonić nastolatków... - roześmiał się dobrodusznie. Białowłosy lekko podskoczył, czując na ramieniu czyjąś dłoń.
- Idź Allen, a ja sprawdzę co z tym rudym - rzuciła Lenalee, lekko popychając go w stronę, w którą udał się nieznajomy.
- Ale... - zaczął z zakłopotaniem Walker, ale dziewczyna natychmiast zgromiła go wzrokiem. - Idź - powiedziała twardo. To już nie była prośba czy sugestia a rozkaz. Allen nie miał wyjścia.
- No dobrze.
***
- Przeklęty stary dziad warknął pod nosem Kanda.
Rozejrzał się dookoła. Znajdował się w samym środku parku, który bardziej przypominał las niż miejsce zabaw dla młodzieży.
- Przez te setki lat ani Moyashi, ani Tiedoll się nie zmienili stwierdził, siadając pod drzewem. Może oprócz tego, że są bardziej denerwujący. Che.
Brunet nie potrafił zrozumieć po co znów pojawił się na tym świecie i jak to się stało, że osoby, które znał również tu były. Nowe życie i wspomnienia wymieszane z wizjami poprzedniego wcielenia. Kanda już dawno doszedł do wniosku, że nie musi nic rozumieć, by skorzystać z okazji.
- Tu jesteś.
Obrócił głowę, zauważając lekko zdyszanego Allena, który rzucał mu rozeźlone spojrzenia.
- Czemu uciekałeś przed tym staruszkiem? - wydusił. Ciemnooki westchnął, podnosząc się z poszycia.
- Nie twój interes, kurduplu.
- Nie jestem kurduplem, ty
ty transwestyto!
Yuu spojrzał na Walkera z miną świadczącą, iż nie wie, czy przywalić Walkerowi, czy też parsknąć mu śmiechem w twarz.
- Jak mnie nazwałeś, mały szczurze?
Nie minęła chwila, a umięśnione ciało bruneta przycisnęło młodszego chłopaka do ziemi.
- Zaraz tego pożałujesz!
Błękitne oczy rozszerzyły się w przerażeniu, gdy Kanda szybkim rozstał się ze swoim płaszczem.
- H-hej, co ty robisz?! - wydusił Walker, próbując wyrwać się brunetowi. Ten tylko uśmiechnął się wrednie, lekko zmieniając pozycję na biodrach mniejszego.
- I co teraz, moyashi ? - zaakcentował ostatnie słowo z wyraźnym japońskim akcentem.
- Ratuuuunku, zboczeniec! krzyknął białowłosy bez zastanowienia. Chwilę później poczuł jak zimna ręka czarnowłosego zderza się z jego twarzą.
- Zamknij się, fasolko, bo zrobię z ciebie miazgę. I to bardzo, bardzo powoli.
Yuu roześmiał się w duchu, widząc minę Allena. Sięgnął do paska od spodni, zdjął go, a następnie związał nim ręce ministranta. Mimo wszystko Walker nie miał zamiaru tak łatwo się poddawać. Kiedy brunet się pochylił, z całej siły uderzył czołem o jego. Kanda jęknął z bólu, a na chwilę pociemniało mu przed oczami.
- Przestań! - wrzasnął Allen. Histeria w jego głosie była aż nadto słyszalna - Nie możesz tego zrobić! Jestem chłopakiem, pieprzony pedale! I w dodatku ministrantem!
Próbując skorzystać z okazji, odepchnął mężczyznę i już miał uciec, kiedy poczuł jak kościste palce Kandy zaciskają się na jego kostce.
- I zaniedbanym dzieckiem z sierocińca, którego wszyscy chcą się pozbyć. Myślisz, że ktokolwiek zakazałby mi zgwałcić takie popychadło?
Białowłosy przygryzł wargi, nie próbując nawet spytać się skąd brunet o tym wie. Szarpnął nogą, ale jedynie potknął się przy tym, by po chwili leżeć z nosem w gęstej trawie.
Allen zamrugał, czując pieczenie w kącikach oczu. O nie, nie będzie przecież płakał...! Lekko uniósł głowę, spoglądając na bruneta.
- Kim ty w ogóle jesteś? - spytał łamiącym się głosem. Chłopak westchnął z rozdrażnieniem, chwytając mniejszego za przód koszulki.
- Zawsze musisz mieszać mi w głowie, moyashi - warknął, przyciskając usta do tych młodszego.
Cholera, zróbże coś zapiszczał nerwowy głos w głowie Walkera. Podążając za jego radą, białowłosy zamachnął się i już miał uderzyć Kandę, kiedy ten złapał go za rękę i szybkim ruchem skręcił mu nadgarstek.
- Zamknij się, bo cię wszyscy usłyszą, a tego byś chyba nie chciał.
Allen syknął z bólu, czując jak dwie łzy niepostrzeżenie spływają mu po policzkach.
- Co ty sobie w ogóle wyobrażasz - wycedził przez zaciśnięte zęby. Nie wiedzieć czemu nagle skojarzył się Kandzie z niewinnym, skrzywdzonym dzieckiem. Idąc dalej za tym tokiem myślenia, brunet zostawał "tym złym". Che. Nie to, żeby go to choć trochę obchodziło.
- Radziłbym ci go puścić, albo pożałujesz rozległ się głos za nimi.
Yuu i Allen jednocześnie odchylili głowy do tyłu, by ujrzeć wysoką sylwetkę nikogo innego jak proboszcza Mariana Crossa. Błękitnooki po raz pierwszy w życiu uradował się tak na widok czerwonowłosego, natomiast brunet zrobił minę jakby właśnie ktoś wylał na niego wiadro z zimną wodą.
- Che, wszystko jedno stwierdził odpychając białowłosego od siebie.
- Zjeżdżaj stąd gówniarzu, zanim zacznę po kolei urywać ci wszystkie członki - dodał po chwili Marian, rzucając Kandzie spojrzenie, które mogłoby zabijać. Allen pierwszy raz słyszał, żeby głos Crossa tak wibrował nienawiścią i gniewem, mimo iż mężczyzna wcale go nie podniósł. Brunet tylko prychnął.
- Che. Nie będziesz z nim zawsze i wszędzie - podniósł swój płaszcz z ziemi i narzucając go na ramiona, poszedł w swoją stronę. Może teraz się wycofał, ale to wcale nie znaczyło, że miał zamiar zostawić białowłosego ministranta w spokoju.
***
- Nie za mocno?
Allen, który był zbyt pochłonięty rozglądaniu się po pokoju proboszcza, rzucił Crossowi zdezorientowane spojrzenie.
- Bandaż idioto. Pytałem się, czy nie za bardzo ściska ci rękę.
- Och... N-nie... - odpowiedział albinos, uśmiechając się nerwowo. Nigdy wcześniej nie czuł się zupełnie pewnie w towarzystwie Crossa, a co dopiero teraz. Proboszcz pierwszy raz pokazał, że naprawdę potrafi się przejąć czyimś nieszczęściem...
- Hn, przydałoby się przemyć twoje rany stwierdził czerwonowłosy. Poczekaj tutaj, zaraz wrócę.
Błękitnooki przygryzł wargi słysząc jak drewniane drzwi zamykają się z hukiem. Nerwowo spojrzał na okno, zastanawiając się czy na pewno jest dobrze zamknięte.
Na zewnątrz dawno już się ściemniło, a wiatr głucho wył między pobliskimi drzewami, wściekle uderzając w szybę. Allen lekko zadrżał, bez zastanowienia wychodząc z pokoju. Oparł się o zamknięte drzwi, lekko spuszczając głowę. Nie usłyszał kroków.
- Mówiłem, że masz poczekać - wymamrotał Marian, przyglądając się ministrantowi. Bez słowa, w rozmazanej smudze bieli i błękitu oczu wypełnionych łzami chłopak kurczowo uchwycił się sutanny Crossa, chowając w niej twarz. Ksiądz na chwilę zesztywniał, po czym westchnął ciężko.
- Wiem - mruknął, podnosząc rękę, by zadziwiająco delikatnie pogłaskać Walkera po głowie - Wiem.
God knows Ive tried - Im close to drowning in the ocean I cried
Too late for me to stop this seething tide
Im out of tears was it worth it ?
No tears to cry over you















Comments